1
Szeroko otwieram oczy w ciemności, przeczuwając, że coś jest nie tak. Natychmiast rozpoznaję pokój, w którym się znajduję. Uliczne światła wkradające się przez rolety rozświetlają mrok. Na ścianie wiszą gustowne grafiki, fotele strzegą kominka stojącego naprzeciwko – na jednym z nich piętrzą się w nieładzie ubrania Paula, a drugim tuli mój starannie złożony szlafrok. Jestem w  sypialni, miejscu bezpiecznym, zapewniającym schronienie przed codziennym życiem. Druga strona dużego łóżka jest pusta, a poduszka wolna od zagnieceń. Paula nie ma w domu. Wstrzymuję oddech, bo znowu rozlega się ten dźwięk; uporczywe szuranie dobiegające zewsząd i jednocześnie znikąd. Bicie serca czuję aż w uszach. Na zegarze pojawia się godzina 3.32, a ja słyszę huk piętro niżej. Myśl, że hałas mógłby obudzić dzieci sprawia, że rezygnuję z kojącego ciepła łóżka. Jestem matką i ochronię dzieci za wszelką cenę. Poruszam się wolno i  uważnie, próbując przygotować się do tego, co za chwilę zrobię. Biorę do ręki komórkę i mocno naciskam klamkę w drzwiach, tak aby otworzyły się bezszelestnie. Z korytarza dobiega jęk mężczyzny – to raczej nie Paul. Wiele razy odtwarzałam w myślach ten scenariusz, ponieważ ostatnio Paul często wyjeżdża w związku z  pracą, a  ja uważam, że powinnam wiedzieć, jak walczyć w obronie najważniejszej dla mnie rzeczy – rodziny. Lubię być przygotowana. Niczym strażak wprowadzam w  życie dobrze przećwiczony plan. Biorę głęboki oddech, wystukuję 999 na klawiaturze telefonu, ale nie dotykam przycisku oznaczonego zieloną słuchawką. Zapalam światło i biegnę w stronę schodów, krzycząc z całych sił w nocną ciszę:
– Wynoś się z mojego domu!
– Wymachuję telefonem niczym płonącą włócznią.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Z impetem zbiegam po schodach, wykorzystując rozpęd do ominięcia okrągłego występu wieńczącego balustradę, podczas gdy ciemna sylwetka zatacza się w kuchni na końcu korytarza.
– Wynoś się! Policja już tu jedzie!
Jednym pstryknięciem włącznika zalewam pomieszczenie potokiem światła, a  ciemna postać upada na podłogę, ciągnąc za sobą krzesło. Wyciągam kij do krykieta ze stojaka na płaszcze i przez chwilę kontempluję jego dodający otuchy ciężar. Chwilę później jestem już w kuchni, trzymając kij przy piersi.
– Wynoś się z mojego domu! Leży twarzą w dół na kuchennych kafelkach, ale gdy podnoszę kij, odwraca się w moją stronę. Rozpoznaję twarz Paula. To mój mąż, ale nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Płacząc, próbuje zaczerpnąć powietrza, a  smarki spływają mu do ust. Rzucam telefon na stół i  upuszczam kij na podłogę.
– Paul, co się dzieje?
Nie odpowiada, bo nie może. Spogląda na mnie, a mój wcześniejszy strach o własne bezpieczeństwo ustępuje miejsca dojmującemu niepokojowi o  jego zdrowie. Próbuję go podnieść, ale przelewa mi się przez ręce. Jest zgięty wpół i  przybity, jego cała sylwetka jest inna. To dlatego nie poznałam go od razu; nie jest tym samym człowiekiem.
– Co się stało?
Paul uderza się pięścią w głowę, jęcząc po raz kolejny:
– Kate, Kate…
– O mój Boże, co się dzieje?
Trzęsąc się, klęka i upuszcza kluczyki od samochodu na podłogę. Paul to potężny mężczyzna.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Jest wysoki, ma duże dłonie ramiona, w których można zasnąć – były jednym z powodów dla których zakochałam się w nim wiele lat temu. Sprawiał, czułam się bezpieczna.
– O mój Boże, co się dzieje?
Trzęsąc się, klęka i upuszcza kluczyki od samochodu na podłogę. Paul to potężny mężczyzna.
– Kate, pomóż mi…
Jego dłonie są pokryte krwią.
– Krwawisz!
Spogląda na nie z obrzydzeniem. Staje chwiejnie na nogach, ja ciągnę za płaszcz, bo przecież rana musi się kryć pod tą warstwą grubej wełny.
– Jesteś ranny?
– Ja… ja, o mój Boże, to się stało.
– Co?
Zamyka oczy i pociąga nosem, chwiejąc się.
– Co się stało?
– Kręci głową i wlecze się do łazienki na dole, gdzie zaczyna myć dłonie. Płaty zaschniętej krwi barwią wodę, która leci do odpływu.
– Paul!
Wyciera twarz o ramię i kiwa głową.
– Zabiłem ją…
Strzepuje wodę z dłoni, a ja uderzam go w twarz, mocno.
– Powiedz mi, co się dzieje!
Mąż spogląda na mnie, jego przepastne brązowe oczy są przekrwione od łez.
– Co za bagno, pieprzone… – wzdycha głęboko.
– Cholera, Kate, tak bardzo cię kocham.
– Pada zemdlony na podłogę w korytarzu, a ja nie jestem go w stanie ocucić klepaniem, kuksańcami ani krzykiem.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Jedno staje się jasne: Paul jest schlany. Musi być nieziemsko nawalony. Zapewne powinnam w  tym momencie zrobić wiele rzeczy, ale najpierw muszę się wysiusiać. Siadam na toalecie  gapię się na długie ciało mojego męża, który leży na podłodze ze stopami zwróconymi do środka i dłońmi skierowanymi ku sufitowi, jak gdyby zachciało mu się nagle poćwiczyć jogę. Trzęsę się ze złości na myśl, że prowadził samochód w  tym stanie. Potrząsam go za ramiona, ale to nic nie daje. Nie jestem spontaniczna, muszę mieć wszystko zaplanowane, przemyślane; nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę podobnej sytuacji i  czuję się zagubiona   sparaliżowana koniecznością rozwikłania tej zagadki. Po wielu próbach w końcu udaje mi się przewrócić Paula na plecy i sprawdzić, czy jest ranny. Gdy niczego nie znajduję, odczuwam żałosną wręcz ulgę – na widok ran mdleję. Siadam na piętach i patrzę na niego. Ostre rysy przystojnej twarzy są rozmyte i spuchnięte,  silna szczęka zlewa się z szyją. Paul chrapie; jego klatka piersiowa wznosi się i opada. Dom jest cichy, dzieci śpią, nieświadome tego, co się wydarzyło. Kuchenny zegar akompaniuje Paulowi w staccato. Lodówka brzęczy, a okno stukocze. Dom powraca do swego nocnego rytmu. O 3.50 wychodzę z łazienki, czując nadchodzące falami zmęczenie. Powrót do łóżka wydaje się w tym momencie najlepszym rozwiązaniem. Paul i tak mnie w końcu obudzi.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

2
Wydaje mi się, że zaledwie sekundę później mała dłoń szturcha mnie w brzuch.
– Ava, przestań!
Moja córka wierci się obok mnie w łóżku.
– Mamusiu, pozwól mi wejść
– prosi, wpuszczając zimne powietrze w  ciepły zaduch pościeli. Zazwyczaj cieszę się, gdy moja czteroletnia córka przychodzi wczesnym rankiem na przytulanki i mogę poczuć bliskość jej miękkiej, nieskazitelnej skóry i  dotyk zimnych stópek na moich plecach, ale dzisiaj, o  7.10 rano, głowa mi pęka, a  oczy swędzą. Paula nie ma w  pokoju. Wspomnienie minionej nocy sprawia, że serce zaczyna mi bić jak oszalałe. Szybko siadam na łóżku.
– Mamusiu, zimno mi, mamusiu…
– Nie mogę uwierzyć,
że zasnęłam i zostawiłam mojego męża leżącego na podłodze w takim stanie. Okropna wizja Josha, który beztrosko mija sztywne ciało ojca, by włączyć kreskówki, podrywa mnie z łóżka.
– …Tatuś leży na kanapie i chowa się pod kocykiem.
Wytaczam się z łóżka i naciągam na siebie szlafrok. Ava drapie się po jasnowłosej główce.
– Mamusiu, czy Phoebe może przyjść  się ze mną pobawić? – Ignoruję jej pytanie i biegnę w stronę drzwi od sypialni. Czas poznać prawdę o wczorajszej nocy.
Paula nie ma w  salonie. Znajduję go w  kuchni, gdzie opiera się o  kuchenny blat, trzymając w  jednej dłoni kubek z  herbatą, a w drugiej tost.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Ubrany i ogolony rozmawia z Joshem pochylonym nad miską z płatkami. Mój mąż wygląda zupełnie normalnie.
– Proszę, dla ciebie też zrobiłem.
– Podaje mi z  uśmiechem parujący kubek. Nie uśmiecham się w odpowiedzi, tylko krzyżuję ramiona w geście „nie ze mną te numery”. Odstawia kubek. Szeroki uśmiech gaśnie.
– Co się wydarzyło wczorajszej…
– Nic.
– Twoim zdaniem to było nic?
– Napiłem się i trochę rozkleiłem, to wszystko. – Wzrusza lekceważąco ramionami. Mrużę oczy w sceptycznym niedowierzaniu.
– Ale mówiłeś, że…
– Oboje spoglądamy na głowę Josha, by sprawdzić, czy się poruszył. Nie muszę używać tego słowa. Nie jestem nawet pewna, czy mogę użyć słowa „zabiłeś”, wydaje się tak dziwaczne i melodramatyczne w słonecznej kuchni, gdzie rozbrzmiewają radiowe doniesienia o korkach na autostradzie M25.
– Nie bądź głupia.
– Więc co się stało?
– Nic!
– O kim rozmawiacie? – Josh zaczyna się powoli orientować, że dzisiejszy poranek odbiega od normy. Jak żółw budzący się ze snu zimowego podnosi głowę znad miski i, mrugając, spogląda na swoich rodziców.
Paul piorunuje mnie wzrokiem.
– O nikim. – Unoszę ręce i macham mu przed oczami w sarkastycznym geście. Wie, że chodzi mi o krew.
– Przejechałem psa.
– Co znaczy „przejechałem”?
– Ava wbiega do kuchni w policyjnej czapce.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– Nie mogę uwierzyć, że prowadziłeś w tym stanie!
– Kate, proszę! I  tak mi głupio, a  do tego mam strasznego kaca. – Spoglądamy na siebie. – Chcesz płatki czy tosta, Ava? – pytam rzeczowo, idąc w stronę szafki.
– Płatki, chcę płatki! – Sięgam po miskę i łyżkę.
– Psa?
– Tak. Czułem, że powinienem go znieść z drogi i upaprałem się… wiesz czym.
Krwią. Miałeś na rękach krew, Paul, chcę to powiedzieć na głos, ale powstrzymuję się.
– Jaki to był pies?
– Co?
– Jakiej rasy był ten pies?
– Wydaje mi się, że mieszaniec labradora. – Spogląda na swoje stopy.
– Musiałem go ciągnąć po asfalcie, zdenerwowałem się. Patrzę na męża, stojącego w kuchni, najważniejszym miejscu naszego domu, w otoczeniu naszych dzieci. Znam go lepiej niż on zna samego siebie. Często mi to mówi. I wiem, że jeśli patrzy na swoje stopy, to kłamie.
– Wiesz jakiej był rasy, ale nie wiesz, jakiej był płci. Paul patrzy na mnie skonsternowany.
– Zeszłej nocy to była „ona”. Dzisiaj rano to „on”.
Wzrusza ramionami, a jego twarz jest bez wyrazu.
– Wczoraj wydawało mi się to bardziej rzeczywiste. Psy są jak ludzie, gdy cierpią. Dopija herbatę i  strzepuje okruchy tosta z marynarki.
– Muszę już iść. Podchodzi i przytula mnie długo i  mocno, kołysząc z  boku na bok, a  następnie całuje mnie tkliwie w środek czoła.
– Ech, Jajeczko, zawsze się o mnie troszczysz.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Mam wysokie czoło, którego zawsze nienawidziłam. Szybko po tym, jak, śmiertelnie zakochana, zakumplowałam się z  Paulem i  jego paczką, zaczął, ku mojemu zażenowaniu, nazywać mnie Jajogłową po to, by rozbawić znajomych. Z  czasem, gdy ośmieliłam się marzyć o tym, że kiedyś odwzajemni moje uczucie, przemianował mnie na Jajeczko i od tej pory uwielbiam, gdy tak mnie nazywa. Paul uśmiecha się blado. Idziemy pod rękę w stronę drzwi frontowych. Pomagam mu włożyć płaszcz, podczas gdy on rozgląda się za swoim szalikiem i aktówką.
– Mamo, Ava wylała mleko na mój komiks!
– Z kuchni dobiegają wrzaski.
– Lepiej już idź – mówi Paul i otwiera drzwi.
– Dobrze się czujesz? – Staram się przetrzymać go trochę dłużej, próbując się pozbyć uczucia niezadowolenia z  nieudanej próby uzyskania odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Kiwa potakująco głową i odsuwa się ode mnie.
– Jesteś pewien?
– Nigdy nie czułem się lepiej – odpowiada, ale wygląda na przygnębionego, gdy wychodzi z domu.
– Mamo! – Wchodzę do salonu, a  krzyk Avy podnosi się o  kolejne oktawy. Widzę zmięty koc, pod którym spał Paul i  poduszki, na których wciąż widać kontury jego ciała. Musiał wcześnie wstać po to, by pozbyć się śladów zeszłej nocy. Gdy rozmawialiśmy, nie byłam w stanie zadać mu niektórych pytań, bałam się uchylić wieka puszki Pandory. Co sprawiło, że płakał, leżąc na kuchennej podłodze? Pięć lat temu ojciec Paula zmarł nagle na udar. Sądziłam, że żaden mężczyzna nie jest w stanie rozpaczać bardziej niż mój mąż wtedy
– aż do ostatniej nocy...

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

3
Nazywam się Kate Forman i  jestem szczęściarą. Przyjaciele i  rodzina często mi to powtarzają, sama też w  to wierzę. Mam na swoim koncie wiele sukcesów: od ośmiu lat jestem żoną najwspanialszego mężczyzny na świecie, mamy dwoje pięknych, zdrowych dzieci i mieszkamy w domu, którego rozmiary i wystrój przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Mam trzydzieści siedem lat, nie muszę farbować włosów i  nadal mieszczę się w ubrania, które kupiłam przed narodzinami Avy. Przypadek, plan, ciężka praca czy też łut szczęścia, wszystko mi jedno; ja i Paul jesteśmy szczęśliwi i tylko to się liczy.
Wiem, że Paul jest szczęśliwy, ponieważ wyznał mi niedawno, że kocha mnie bardziej niż nasze dzieci. Zapytał, czy myślę, że to źle, a ja zaśmiałam się i potrząsnęłam głową. Czasami myślę, że nie zasługuję na niego. Jego rodzina jest zamożniejsza od mojej, chodził do najlepszej prywatnej szkoły, jego mama mieszka w  pięknej wiejskiej posiadłości. Gdy dorastał, miał kort tenisowy i  dużo rodzeństwa, na półkach pierwsze wydania znanych książek, a na ścianach obrazy, które były wiele warte. To o wiele bardziej imponujące i  romantyczne, niż sterylny bliźniak mojej mamy i ojczyma położony na przedmieściach, gdzie na ścianach salonu dumnie wiszą zdjęcia z uroczystości wręczenia dyplomów, z których uśmiechamy się ja i moja siostra Lynda.
Poznałam Paula już pierwszego dnia na uniwersytecie. Wtedy nazywałam się Kate Brown. Prawdę mówiąc, był pierwszą osobą, którą poznałam po wyjeździe z  domu.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Przyjechałam na dworzec z  rowerem; mama miała przywieźć resztę moich rzeczy samochodem i  spotkać się ze mną na kampusie. Paul był studentem trzeciego roku i  prowadził furgonetkę, którą zwoził wszystkie przybłędy i  rowerzystów do akademików. Byłam jego jedyną pasażerką i  zakochałam się w  nim od pierwszego wejrzenia. Był nieprzyzwoicie wysportowany i  bardzo opalony po długich wakacjach spędzonych w  Europie. Jedną rękę trzymał na kierownicy, a  łokieć drugiej wystawił za okno; upał typowy dla późnego lata sprawiał, że nasza podróż wydawała się przyjemnie nierzeczywista. Gdy okrążaliśmy olbrzymie ronda i  pędziliśmy drogami dużego nieznanego miasta, odczuwałam niezwykłą radość na myśl o  tym, co przyniesie ze sobą przyszłość, przeczuwałam nowe doświadczenia, z  którymi nic później nie mogło się równać. Był dwa lata ode mnie starszy i  żartobliwie kpił z  faktu, że jestem pierwszoroczniakiem. Flirtował ze mną, a  ja nie pozostawałam mu dłużna. Miał duże, brązowe oczy i  ciemne, rozczochrane włosy, które często mierzwił. Nadal ma równie gęste włosy. Gdy wyjmował mój rower z bagażnika, myślałam, że na studiach poznam wielu równie przystojnych i ekscytujących mężczyzn. Nie muszę chyba dodawać, że tak nie było. Przez następne parę tygodni przeczesywałam kampus, ale on mignął mi w oddali zaledwie kilka razy. Pomachał do mnie ponad tłumem, który go otaczał, i nic więcej. Poznałam nowych przyjaciół, rzuciłam się w wir życia akademickiego i weszłam w inne związki. Po skończeniu studiów wyjechałam do Londynu, nie zaprzątając sobie głowy Paulem. Pięć lat później moja przyjaciółka Jessie zaczęła spotykać się z Pugiem, który, oprócz śmiesznego imienia, miał także znajomego – Paula. Paul był wtedy mężem Eloide. Początkowo myślałam, że Paul powiedział „Eloise”, ale nie, nawet jej imię musiało być inne – i  trudne.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Była naturalną blondynką. Nie jestem dumna z tego, co się wydarzyło rok później, ale, dzięki Bogu, nie mieli dzieci, co ułatwiło sprawę... Była między nami chemia, nie dało się temu zaprzeczyć. Pierwsza noc razem była jednym z najwspanialszych momentów w moim życiu. Seks był po prostu… Nawet nie wiem, jak opisać jego intensywność i szczerość. Dwa miesiące po tym, jak dostał rozwód, zaszłam w ciążę.
Nasza historia nie kończy się tutaj, dopiero tutaj się zaczyna. Paul oświadczył mi się podczas weekendu w  Paryżu, gdy byłam w  siódmym miesiącu ciąży, a  pobraliśmy się, gdy Josh skończył rok. Nasz synek wyglądał ślicznie na naszym ślubie, ubrany w biały marynarski strój obszyty niebieską lamówką. Moja mama bujała go na kolanach przez całą ceremonię w  małym wiejskim kościółku. Gdy już było po wszystkim, rozpłakała się i  powiedziała, że mi się poszczęściło.
Odkąd jesteśmy razem, przeprowadzaliśmy się trzy razy; z  mieszkania do wiktoriańskiego szeregowca, by ostatecznie zamieszkać w  olśniewającym trzypiętrowym domu w  pobliżu parku. Paul prowadzi telewizyjną firmę produkcyjną i odnosi sukcesy. Daleko zaszliśmy. Jeśli nic się nie zmieni, to kto wie, w  co zainwestujemy. Nie pracuję już na cały etat. Zanim poznałam Paula, pracowałam w marketingu i zajmowałam się analizą zachowań konsumentów – czyli „wtykałam nos w  nie swoje sprawy i  dostawałam za to kasę”, jak zwykliśmy żartować w  pracy przy automacie do kawy. Po tym, jak urodziłam Josha, zainteresowania moje i Paula stały się zbieżne i rozpoczęłam pracę jako analityk w telewizji, czym zajmuję się do dziś. Pracuję teraz przy cotygodniowym programie Czas zbrodni kręconym w  tabloidowym stylu, który korzysta z  nagrań telewizji przemysłowej i  filmów nagranych komórkami przez widzów po to, by łapać przestępców – od kieszonkowców po morderców.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Chociaż pracuję trzy dni w tygodniu, Paul nadal mówi, że to jedynie „zabawa”. Choć czasem mnie to irytuje, to trzeba przyznać, że moim królestwem jest dom, a Paul bryluje w pracy; spotykamy się gdzieś pośrodku, jak w przejrzystym diagramie Venna.
Tego poranka powinnam, jak zawsze, spakować drugie śniadanie dla Josha i Avy i zawieźć ich do szkoły. Zazwyczaj podchodzę do wszystkiego spokojnie, ale dzisiaj sprzeczki dzieci wyjątkowo wyprowadzają mnie z równowagi. Stół i  krzesło są zalane mlekiem, a  Josh dodatkowo rozpryskuje je po ścianach, przewracając strony mokrego komiksu. Moje dzieci są rozpuszczone; czuję się winna temu, że je rozpieszczam, próbując zrekompensować braki, jakich sama zaznałam w dzieciństwie. Paulowi to nie przeszkadza, jest bardzo wyrozumiały.
Przedzieram się przez chaos panujący w  kuchni i  podnoszę kij do krykieta należący do Paula, całkowicie ignorowany przez nielubiącego sportu Josha, i odkładam go na miejsce w przedpokoju. Uderza mnie myśl, że naprawdę chciałam go nim zaatakować, a on nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Niech już będzie 12.30, gdy będę mogła pójść na lunch z Jessie. Dzisiaj napiję się wina...

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

4
Jessie nie ma najdłuższego stażu wśród moich przyjaciółek, ale jest spośród nich zdecydowanie najbardziej rozrywkowa. Umówiłyśmy się na Trafalgar Square. Myślałam, że chce się przejść po National Gallery, ale gdy zaczęłam wchodzić po schodach, Jessie obróciła się w przeciwnym kierunku, wykazując zerowe zainteresowanie dziełami impresjonistów i pocztówkami, o które trzeba walczyć z turystami.
– Zjedzmy na zewnątrz, będzie fajnie.
– Na zewnątrz?
– Tak, zróbmy sobie piknik i zjedzmy przy fontannie.
– Zwariowałaś? Pogoda jest kiepska.
– Gdzie twoja fantazja? No dalej, przecież ja stawiam.
– Uśmiecha się szelmowsko. Spotykam się z  nią dzisiaj, bo niedawno miała wystawę, sprzedała obraz i chce mi postawić lunch, by to uczcić. Stoimy w kolejce w barze z kanapkami, a następnie przebiegamy przez ruchliwą ulicę i siadamy na brzegu jednej z fontann. Pergamin szeleści na wietrze, a my wcinamy kanapki i nalewamy sobie wina do plastikowych kubków.
– Co u  ciebie słychać? – pytam, wyciągając pomidora z kanapki z bekonem.
– Jak ci idzie praca? Potrząsa głową, żując.
– Spotykam się z  potencjalnymi klientami. Może coś z  tego wyjdzie. Czuję, że może się wydarzyć coś naprawdę ekscytującego.
– To cudownie.
– A może po prostu kłamią jak najęci.
– Taka już dola artysty, co nie?
– Moja na pewno. – Jessie ma jedną prawdziwą miłość: swoją sztukę.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Pracowała w  barach i  klubach nocnych, by utrzymać się w  szkole artystycznej i  mieszkała w  wynajętych norach, by mieć pieniądze na płótno. Zresztą nadal musi pracować, by móc sobie pozwolić na pracownię i przybory. W każdej wolnej chwili maluje.
– Która godzina?
Podciągam rękaw płaszcza, by spojrzeć na zegarek.
– Dochodzi pierwsza. A co?
Nie odpowiada, tylko zaczyna błądzić wzrokiem. – Ach, znam ich! – Jessie macha do dwóch młodych mężczyzn siedzących po drugiej stronie fontanny.
– Nie patrz teraz, ale tak jakby spotykam się z tym po lewej. – Patrzę przez ramię i widzę chłopaka około dwudziestki, z małą bródką.
– Ma dziewiętnaście lat.
– Powinni cię zamknąć – mówię, udając oburzenie. Odkąd ją znam, Jessie spotykała się z  milionami mężczyzn, równie wielu rzuciła i  przez wielu została porzucona. Nie pomieściliby się w National Gallery, podczas gdy moi byli kochankowie mogliby się komfortowo ulokować w mojej łazience. Ona przeżyła wiele namiętności, ja tylko jedną.
Młodzi mężczyźni machają w odpowiedzi.
– Nie podejdą?
– Może za jakiś czas.
Skonsternowana wzruszam ramionami. Gołębie pikują i  gruchają, ludzie się tłoczą. Niby wszystko w normie, ale coś jest nie tak.
– Czy wszystko w porządku, Jessie?
– Sprawdza wiadomości w telefonie.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Uśmiecha się.
– W zupełności. Co u Paula?
Mówiąc o  nim dzisiaj, nie czuję ciepła promieniującego z głębi serca jak zazwyczaj.
– W porządku. Jest trochę zestresowany. Jego programy radzą sobie dobrze. Czas zbrodni ma coraz lepsze notowania.
– Naprawdę?
– Udział publiczności wszystko zmienił. Ludzie chwycili za telefony i ślą wiadomości jak szaleni.
– To ciekawe – odpowiada Jessie, przeżuwając kanapkę z  mozarellą i  rukolą.
– Może powinnam z  nim porozmawiać o tym, jak trafić z moim przekazem do odbiorców. On wie, jak wyróżnić się z tłumu. Która godzina?
– Pierwsza. Dlaczego pytasz?
– Wyciera majonez z kącika ust. Uliczny zgiełk zagłusza nagle głośna muzyka. Nie wiem, skąd dobiega.
– Co to? Jessie wstaje i strzepuje okruchy z dżinsów.
– Masz przy sobie iPhone’a?
Kiwam potakująco.
– To lepiej go wyjmij.
Przez plac niesie się basowy beat i  niedaleko nas zaczyna tańczyć para. Melodia jest tak chwytliwa, że zaczynam kołysać ramionami do rytmu, a  cztery osoby zaczynają tańczyć obok w jednym rzędzie.
– Wrócę za minutę.
– Jessie szybko oddala się w stronę szesnastu osób, które teraz tańczą już w  dwóch rzędach. Chłopak Jessie i  jego znajomy dołączają do coraz liczniejszej grupy tancerzy.
Gołębie uciekają spod nóg podrygującego tłumu. Jestem lekko zdezorientowana, wirująca grupa ludzi tworzy przed moimi oczami dziwne, a zarazem piękne kształty.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Przechodnie przyglądają się im nierozumiejącym wzrokiem, paru szybko się oddala, a kloszard patrzy na tańczących z nieukrywaną fascynacją. Każdy z tancerzy jest inny, niektórzy mają na oko trzynaście lat, inni to emeryci. Są wśród nich gospodynie domowe, kobiety na wysokich obcasach, wąsaty mężczyzna.
Oczywiste jest, że dobrze przećwiczyli układ; teraz tańczy go już ponad sto pięćdziesiąt osób. Jessie zabrała mnie na flashmob i, jak każdy z widzów, wyjmuję telefon i zaczynam filmować. Przepełnia mnie uczucie radosnej spontaniczności; bujam się z boku na bok, nie mogę się oprzeć rytmowi tej melodii, ani też zignorować faktu, że bliskość kolumny Nelsona czyni sytuację jeszcze bardziej absurdalną.
Nie wiem, jak admirał zareagowałby na to widowisko. Muzyka zmienia się na bardziej nowoczesną i żywą, tancerze wirują swobodniej i z większą energią. Na pewno ktoś to nagrywa po to, by za parę minut wrzucić filmik na YouTube. Stojąc na niskiej krawędzi fontanny, dostrzegam, że wysoko, na jednym z kamiennych lwów, mężczyzna filmuje wszystko dużą kamerą. Na schodach galerii, gdzie wiszą za szkłem innowacyjne w swym czasie dzieła sztuki, tłoczą się gapie.
Jessie macha ramionami i  głośno śpiewa. Muzyka powoli osiąga szczytowe natężenie, przechodnie uśmiechają się do siebie, niektórzy wiwatują. Na sam koniec tancerze wykonują najtrudniejszy krok i połowa z nich skacze w ramiona osób stojących obok, z rękoma wzniesionymi do góry.
Występ dobiega końca równie szybko, jak się zaczął. Muzyka cichnie i tancerze rozpływają się w tłumie, jak gdyby nigdy nic. Dwóch policjantów, w równym stopniu zdeprymowanych i czujnych, tkwi pośrodku pustoszejącego placu. Tłumy na stopniach galerii klaszczą i wiwatują.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Jessie pada mi w ramiona i wybucha śmiechem.
– Nie mogłam ci powiedzieć, twoja mina była bezcenna!
– To było niesamowite! Jakim cudem się o tym dowiedziałaś?
– Zorganizowaliśmy się przez Facebooka, mieliśmy jedną próbę w magazynie w Claptom, a później po prostu to zrobiliśmy. Boże, ale jestem nabuzowana!
– Spójrz. Policjanci próbują rozmawiać z  mężczyzną, który wszystko filmował z  kamiennego lwa. Pewnie będziesz dzisiaj w telewizji.
– Zapewne pierwszy i ostatni raz.
– Ach, Jessie, wiem, że stać cię na wiele więcej.
– Chodźmy na drinka. – Jessie bierze mnie pod ramię.
– Czy mogę poznać twojego nowego mężczyznę?
– Rozglądam się, szukając go wzrokiem.
– On tak naprawdę się nie liczy. – Odciąga mnie. – Zależy mi na żonatym facecie, z  którym się spotykam. Wydaje mi się, że sytuacja wymyka się spod kontroli.
– Spogląda na mnie uważnie.
– Jeśli by ci się to nie podobało, to powiedziałabyś mi, prawda?
– Jak bym mogła? Pamiętasz, Paul był żonaty, kiedy my…
Jessie wykonuje lekceważący gest dłonią.
– Był zdecydowanie za młody, to się nie liczy.
– Tak, liczy się, ślubował wierność komuś innemu, pamiętasz?
– Dopóki śmierć nas nie rozłączy – mówi, gdy zaczynamy iść w górę Charing Cross Road.
– Nadawałoby się na tytuł obrazu. – Przez sekundę lub dwie błądzi wzrokiem daleko stąd.
– Tłum ludzi ma niezwykłą moc, prawda?
– Tak. Jeśli się go zmobilizuje, to jest w stanie dokonać niezwykłych rzeczy.
– Gdy jest się jego częścią, można powiedzieć i zrobić wszystko.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– To jedna z  podstawowych lekcji, jakie zafundowała nam historia. Grupami łatwo jest manipulować.
– Moje serce wciąż wali jak szalone. – Jessie przyciska dłoń do klatki piersiowej, a jej oczy błyszczą.
– Kim jest ten żonaty mężczyzna?
– Ciiii... – przykłada palec do ust.
– Nie chcę zapeszyć. Seks jest niesamowity, oddałabym za niego życie.
– Nie mów tak!
– Jestem zdziwiona. Jessie nigdy nie mówi poważnie o  swoim życiu uczuciowym.
– Szczęściara z  ciebie. – Nasza rozmowa zamiera. Ona nic nie mówi, a  ja czuję niespodziewany przypływ zazdrości.
– Za co byś umarła?
– Och. – Wzruszam ramionami. – Chyba za Paula i za dzieci.
– A za co byś zabiła?
– Jessie!
– No co! – Opiera się na moim ramieniu.
– W obronie rodziny. Tylko i wyłącznie.
Marszczy nos.
– Jak przewidywalnie i sentymentalnie.
Wciąż podekscytowana publicznym tańcem, rozkłada ramiona i wiruje po chodniku.
– Zabiłabym za wystawę w Nowym Jorku, okładkę „Art Monthly”, nowe buty… Wszystko w porządku?
Jessie patrzy na mnie, bo stanęłam jak wryta na środku ulicy. W trakcie jej gadaniny przyszła mi do głowy myśl: za co zabiłby Paul? Zakładałam, że udzieliłby tej samej odpowiedzi, co ja: za rodzinę. Szczyciliśmy się tym, że nie mamy przed sobą żadnych sekretów – aż do ostatniej nocy. Nie wierzę, że mógł się tak zdenerwować tym, że potrącił psa. Ale jeśli to nie była krew psa, to czyja? Przez chwilę zastanawiam się, czy nie powiedzieć o  tym Jessie, ale szybko z  tego rezygnuję.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Wątpię, czy powiem komukolwiek o tym, co się wydarzyło w nocy. To będzie sekret mój i Paula, dopóki śmierć nas nie rozłączy. I jeszcze dłużej.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

ROZDZIAŁ 1
|Czasy współczesne
Compton, Los Angeles

Północ. Z  opuszczonych szyb czarnego buicka po ostrym tuningu słychać hip-hop. Ludzie idący po wciąż mokrym po burzy chodniku odwracają się. Ale Tom Shaman niczego nie widzi i nie słyszy. Jest w transie. Zatopiony we własnych myślach. Tom ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu, pochmurne oczy i gęste, ciemne włosy. Dzięki pracy, która pozwala mu spędzać dwie godziny dziennie na siłowni, ma również posturę boksera wagi ciężkiej. W tej chwili jednak jest tak zamyślony, że nawet dziecko mogłoby powalić go na ziemię.
Przed chwilą wyszedł z obskurnej czynszówki przy West Alondra Boulevard, gdzie patrzył, jak pewna wiekowa Włoszka umiera na raka. Ledwie kilka godzin wcześniej Rosanna Romano skończyła równo sto lat. Nie dostała żadnej kartki ani prezentu. Nie było przy niej żadnych przyjaciół i gości. Tylko lekarz, Tom i koroner. Raczej smutne zakończenie dla kogoś, kto przeżył równo wiek. Z melancholii wyrywa go rozpaczliwy krzyk po drugiej stronie ulicy.
Zza baru sprzedającego smażonego kurczaka na wynos dobiegają krzyki kilku osób. Tom bez namysłu rusza biegiem w ich kierunku.
– Ej! Co tu się dzieje?!
W  szarawym świetle pojawia się jakaś postać. Wielki facet w ubraniu typowym dla ulicznych gangów.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– Odpierdol się, koleś! Nie twój interes. – Dla lepszego efektu bandzior zwija dłoń w pięść.
– Jak masz trochę oleju we łbie, to spieprzaj i więcej się, kurwa, nie wtrącaj.
Tom Shaman nie należy do ludzi, którzy dają się zastraszyć. Facet znika za rogiem. Tom idzie za nim. W zaułku trzech bandziorów katuje jakiegoś nieszczęśnika. Ten wielki, którego Tom zobaczył najpierw, ma nóż. Tom rusza do przodu i celnie wymierzonym kopniakiem wytrąca napastnikowi nóż z  ręki. Trzech mężczyzn na chwilę nieruchomieje w  zaskoczeniu. Po sekundzie rzucają się na Toma. Mocny cios trafia go w potylicę. Czyjeś kolano boleśnie wbija się w jego udo. Ale to bez znaczenia – po chwili znowu jest na nogach. Nakręca go adrenalina. Uchyla się przed potężnym prawym prostym i zadaje nokautujące uderzenie w  głowę bandziora, który miał nóż. Uderza z  siłą, która mogłaby zatrzymać rozpędzoną ciężarówkę.
Wytatuowana ręka łapie go za szyję, próbując założyć chwyt. Robi to o wiele za słabo. Tom podrzuca bandytę w górę na ramieniu i ciska nim o ścianę zaułka.
Trzeci bandzior usiłuje go kopnąć w  krocze. Ale robi to za słabo i  niezdarnie. W rezultacie trafia Toma w udo. Tom łapie but bandyty i uderza w wyprostowaną nogę. Słychać trzask pękającego kolana. Mężczyzna pada na ziemię z wrzaskiem, ale jego kumpel, ten który usiłował dusić Toma, staje znowu na nogach. Cały trzęsie się od nadmiaru adrenaliny. I  w dodatku ma nóż. Przerzuca go z ręki do ręki, jak to robią gangsterzy na filmach. Błąd. Kardynalny błąd.
Tom robi krok naprzód. Przesuwa ciężar ciała do przodu. Kopnięcie z półobrotu trafia bandziora w głowę.
Dwóch załatwionych. Został jeden. Ale ten najwyraźniej nie zamierza kontynuować walki.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– Kurwa! – ryczy, kuśtykając i  trzymając się za złamane kolano.
– Wiem, kim jesteś, ty pojebańcu! – Składa dłoń w pistolet i celuje do Toma.
– Znajdę cię i, kurwa, zatłukę!
Tom nie zwraca uwagi na jego wrzaski. Pochyla się nad ofiarą, próbując ocenić obrażenia.
Ciało na ziemi należy do młodej dziewczyny
– piętnasto - może siedemnastoletniej. Jej ubranie jest w  strzępach. Tom nie musi zgadywać, co się stało. W słabym świetle dostrzega krew i ranę na głowie. To dlatego dziewczyna jest nieprzytomna. Dzwoni z telefonu komórkowego pod 911 i prosi dyspozytora o przysłanie karetki i radiowozu. Kończy rozmowę i upewnia się, że dziewczyna oddycha. Jej oddech jest płytki. Tom nie chce jej ruszać. Może mieć uraz kręgosłupa. Przykrywa ją kurtką i ma nadzieję, że pogotowie zjawi się w miarę szybko. Wielki bandzior wciąż jest nieprzytomny. Nic dziwnego. To był najlepszy cios, jaki Tom kiedykolwiek wyprowadził. Perfekcyjna kombinacja siły i  szczęścia. Kumpel wielkiego bandziora także się nie rusza. Obaj mają po dwadzieścia kilka lat. Weterani życia na ulicy, w  spodniach z krokiem w kolanach, futbolowych bluzach i czerwonych chustkach – barwach Bloods, jednego z gangów terroryzujących Compton.
Tom odwraca obu bandziorów na plecy. Są martwi. Przez jego ciało przebiega dreszcz. Nie musi nawet sprawdzać pulsu. Ostrze noża tkwi głęboko w brzuchu wielkiego bandyty. Połowa wnętrzności wylała się na chodnik. Jego kumpel nie ma widocznych obrażeń, ale jego głowa jest dziwnie skręcona. Szeroko otwarte oczy są szkliste, bez życia.
Tom Shaman – ksiądz, ojciec Thomas Anthony Shaman – widział niejedno martwe ciało. Tyle tylko, że do tej pory udzielał im ostatniego namaszczenia. Nie odbierał im życia.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

W oddali rozlega się wycie sygnału radiowozu. Pulsuje czerwone i niebieskie światło. Opony piszczą na mokrej nawierzchni. Tuż za radiowozem jedzie karetka. Jej sygnał jest słabszy i przypomina trąbienie słonia.
Tom czuje, że zaczyna mu się kręcić w  głowie. Niczego nie słyszy. Niczego nie czuje. Przykuca na krawężniku i wymiotuje. W bladym świetle lampy jego dłonie są czarne. Jak grzech. Radiowóz zatrzymuje się gwałtownie. Trzask otwieranych i zamykanych drzwi. Trzeszczenie radiostacji. Policjanci patrzą na krew i ciała i szepczą coś do siebie. W końcu podjeżdża karetka. Po chodniku stukają kółka noszy.
Tom myślami jest gdzie indziej. Nie potrafi zrozumieć, co się stało. Martwa emerytka w Alondra; dziewczyna, której nie zdołał uratować przed gwałtem; dwóch bandziorów, których zabił, i ten, któremu udało się uciec. Wszystko to uderza go z siłą lawiny. Obok niego pojawia się policjant. Coś mówi. Pomaga mu wstać. Tom czuje się pusty. Samotny. Zagubiony w swoim własnym piekle. Zupełnie jakby Bóg właśnie go opuścił.
ROZDZIAŁ 2
|Compton, Los Angeles

Uczucia, jakiego doznaje się następnego ranka po tym, jak przypadkowo odbierze się życie drugiemu człowiekowi, nie da się z niczym porównać.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Żaden kac, żadna przegrana w kasynie, żaden przypadkowy seks z niewłaściwą osobą nie przynosi następnego dnia rano tak potwornego obrzydzenia do samego siebie.
W najczarniejszy dzień swojego życia Tom Shaman siedzi na skraju swojego małego tapczanu w  szarej kamizelce i  krótkich spodniach i czuje się gorzej niż kiedykolwiek. Nie może spać. Nie może jeść. Nie może się modlić. Słyszy dobiegające z  dołu głosy. Jego gospodyni. I  dwóch księży, z  którymi dzieli mieszkanie. Rzecznik prasowy diecezji. Funkcjonariusz policji. Piją herbatę i  kawę, udzielają sobie wsparcia i  pociechy, planują jego dalsze życie bez pytania go o  zdanie. Zdaje się, że jedyna dobra wiadomość jest taka, że dziewczyna przeżyła. Jest śmiertelnie przerażona, ale żyje. Ma ciężką traumę i jest bardzo poważnie ranna, ale mimo wszystko żyje. Tom ma już za sobą przesłuchanie na komendzie. Wypuszczono go bez stawiania zarzutów, ale z  przyjacielskim ostrzeżeniem, że jeśli ktokolwiek się o tym dowie, rozpęta się piekło. I piekło się rozpętało. Prasa spuściła ze smyczy swoje ogary, które właśnie zadeptują jego trawnik. Stada dziennikarzy krążą jak sępy po kościele i  zakrystii. Wzdłuż ulicy stoi sznur wozów transmisyjnych upstrzonych talerzami satelitarnymi. Już sam hałas, jaki robią, jest dla niego przedsionkiem piekła. Zasłania uszy dłońmi i usiłuje odciąć się od nieustannego brzęczenia telefonów komórkowych, trzasku radiostacji i głosów prezenterów ćwiczących przed wejściem na antenę.
Kiedy wychodził z posterunku tuż przed świtem, naiwnie wierzył, że będzie mógł wrócić do domu i jakoś zmierzyć się z wydarzeniami tej nocy. Zastanowić się, czy ten koszmar jest jakimś testem wiary zesłanym przez Boga.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Jeden gwałt i trzy trupy – stara wdowa i dwóch smarkaczy, którzy przeszli na ciemną stronę. Całkiem niezły test. Może Bóg ma świadomość, że w  Los Angeles tragedie muszą mieć epicki wymiar godny Hollywood.
A może żadnego cholernego Boga nie ma! Wątpliwości uderzają go jak morska fala.
Daj spokój, Tom. Miałeś je od dawna. Głód. Trzęsienia ziemi. Powodzie. Niewinni ludzie, umierający z  głodu, tonący w  falach tsunami lub grzebani żywcem. Nie udawaj, że wszystkie te przejawy siły wyższej nigdy nie zachwiały twojej wiary.
Rozlega się pukanie. Drzwi do sypialni Toma uchylają się, skrzypiąc. Pojawia się w  nich piegowata sześćdziesięcioletnia twarz ojca Johna O’Hary.
– Zastanawiałem się, czy śpisz. Potrzebujesz towarzystwa?
Tom uśmiecha się.
– Nie spałem. Jeszcze nie.
– Chcesz coś zjeść? Może jajecznicę i świeżą kawę? – Ojciec John wskazuje kubek z zimną kawą, stojący obok łóżka Toma.
– Na razie nie, dziękuję. Zaraz wezmę prysznic i spróbuję się trochę pozbierać.
– Zuch chłopak. – Ojciec John uśmiecha się życzliwie i zamyka za sobą drzwi.
Tom spogląda na zegarek. Nie ma jeszcze jedenastej, a  on już chciałby, żeby ten dzień się skończył. Wszystkie stacje telewizyjne między Pacyfikiem a  Atlantykiem wałkują jego historię od szóstej rano. Oczy całej Ameryki skierowane są na niego. Nie jest z tego zadowolony. Ani odrobinę. Tom Shaman jest nieśmiały. Z natury przyjacielski i silny jak byk, ale przerażony na samą myśl, że miałby wejść do pomieszczenia pełnego obcych ludzi i się przedstawić. Nie należy do ludzi, którzy chcą udzielać wywiadów ogólnokrajowej telewizji.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Dziennikarskie sępy od rana wpychają w drzwi zakrystii wypełnione czeki, błagając o wywiad na wyłączność. Usiłując go kupić.
Udaje mu się dotrzeć do łazienki, zanim zwymiotuje. Odkręca kurek z zimną wodą. Nabiera wody w złożone dłonie i kilkakrotnie ochlapuje twarz, aż w końcu skóra zaczyna mu drętwieć z zimna. Podnosi wzrok i patrzy w lustro nad zlewem.
Twarz mordercy. Spójrz na siebie, Tom. Zobacz, jak się zmieniłeś. Nie udawaj, że tego nie widzisz. Jesteś mordercą. Podwójnym mordercą. Jakie to uczucie, ojcze? Kiedy zabijałeś tamtego bandziora? Bądźmy szczerzy. Czułeś się dobrze, prawda? Prawda. Tom odwraca wzrok. Bierze ręcznik i wraca do sypialni. Na podłodze przy łóżku leży stara pocztówka. Kiedyś wisiała na ścianie w  mieszkaniu Rosanny. Poprosiła go o  nią, kiedy modlił się przy jej łóżku poprzedniej nocy. Ucałowała ją i podarowała mu w podzięce za modlitwę. „Per lei”. Dla ciebie.
Podnosi ją. Zauważa, że kartka jest pomarszczona ze starości. Rogi są naderwane i  brudne. Białawy ślad znaczy miejsce, w  którym wbita była pinezka. Tom po raz pierwszy przygląda się pocztówce z bliska. Kolory dawno wyblakły, ale prawdopodobnie jest to reprodukcja jakiegoś słynnego włoskiego obrazu. Może Canaletta. W rozmazanej sepii dostrzega niewyraźny kształt kopuły kościoła i  długie, rozmyte kształty, które przypominają mu koniki morskie, ale prawdopodobnie są gondolami. Scena rozgrywająca się tysiące mil od niego, uwieczniona na obrazie namalowanym kilka stuleci wcześniej.
Tom po raz pierwszy tego dnia szczerze się uśmiecha. Wenecja, rodzinne miasto Rosanny Romano, budzi w  nim nadzieję...

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Rok 666 przed Chrystusem
Atmanta, Północna Etruria

Spienione fale Adriatyku rozbijają się o  różowawy piasek na plaży. Niedaleko poszarpanych skał północno-wschodniego wybrzeża kończy się ceremonia haruspicjum. Zmartwieni mieszkańcy wioski wychodzą ze świętego gaju wyrastającego wśród oliwnych sadów i winnic. Nie zostali podniesieni na duchu.
Wróżbita ich zawiódł. Teukros – niegdyś podziwiany za uzdolnienia – ponownie nie zdołał wywróżyć im niczego pomyślnego.
Młody wróżbita jest w rozterce. Nie rozumie, dlaczego bogowie go opuścili. Przed dzisiejszą ofiarą pościł przez trzy dni, nosił czyste odzienie, zachował trzeźwość, słowem, sumiennie wypełnił wszystkie instrukcje ze świętych ksiąg.
A jednak bóstwa nie zesłały żadnych pomyślnych znaków. Mieszkańcy mruczą do siebie. Słyszy ich narzekania. Domagają się, by zastąpił go ktoś inny.
Upłynęły już dwie pełnie – może dłużej – odkąd po raz ostatni przyniósł pomyślne wieści mieszkańcom Atmanty. Teukros ma świadomość, że ich cierpliwość się wyczerpuje.
Niebawem zapomną, że to jego wróżby pomogły im się osiedlić na zasobnych w  rudy metali wzgórzach północnego wschodu. To on pobłogosławił pierwszy miedziany pług, który wyrwał pierwsze skiby ziemi i  nakreślił święte granice miasta.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Niewdzięcznicy. Przybył do gaju prosto od łoża śmierci starej niewolnicy, która mieszkała w chatach sług za dołami kloacznymi. Umarła na zarazę – demony miotały się z dzikim rechotem w jej trzewiach, pożerając jej płuca i każąc jej wypluwać krew i ciało.
Stoi w centrum świętego kręgu i myśli o niej. Nakreślił krąg swoim lituusem, długim, starannie wyciosanym cyprysowym kijem z lekko zagiętym końcem. Zrobiła go dla niego Tecja, zaślubiona mu ciałem i duszą. Przy jej boku miał spędzić wieczność. Rozgląda się. Wszyscy odeszli. On też już powinien odejść. Ale dokąd? Nie do domu. Jeszcze nie. Wstyd z poniesionej klęski jest zbyt wielki, by mógł zabrać go ze sobą do małżeńskiego łoża. Zdejmuje stożkowaty kapelusz, ceremonialne nakrycie głowy wróżbitów. Musi znaleźć jakieś spokojne miejsce i  oddać się medytacji.
Miejsce, w  którym będzie mógł zwrócić się do Menrvy, bogini mądrości, aby wsparła go w  walce z  nękającymi go wątpliwościami.
Teukros zbiera naczynia sakralne i obchodzi resztki dzisiejszej ofiary – pozostałości surowego jajka, które przynieśli mu akolici. Kiedy stłukł skorupkę, ukazało się zepsute żółtko. Zabarwione na czerwono krwią nienarodzonego kurczęcia. Oznaka bliskiej śmierci. Ale czyjej?
Teukros wychodzi z gaju na teren, gdzie powstaje świątynia. Budowa trwa już długo. Zbyt długo.
Ściany świątyni powstają z niewypalanej cegły i drewna. Na fasadzie dominuje trójkątny fronton. Niski, dwuspadowy dach wkrótce zostanie pokryty terakotą.
Gdy budowa się zakończy, Teukros poświęci ołtarze. Bogowie będą zadowoleni. I wszystko znów będzie w porządku.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Teukros nie ma jednak pewności, kiedy to nastąpi. Wszystkich robotników odesłano do kopalni srebra. Wydobycie kruszcu jest teraz ważniejsze niż sprawy duchowe.
Teukros dochodzi do tylnej części świątyni, gdzie znajdują się trzy komnaty poświęcone najważniejszym z bóstw: Tinii, Uniemu oraz Menrvie. Gdy jego żona ukończy budowę spiżowych posągów do panteonu, Teukros poświęci je w tych komnatach.
Ta myśl uspokaja go i poprawia mu nastrój, choć wciąż czuje zbyt wielki wstyd, aby wrócić do domu. Pogrążony w  melancholii wędruje po okolicy. Jego sandały nikną w długich źdźbłach trawy. W końcu dociera do zagajnika gęsto porośniętego limetami i dębami. Słyszy ich, zanim jest w  stanie zobaczyć. Młodych wieśniaków z sąsiedniej wioski. Biegnących. Goniących za czymś. Wymieniających okrzyki. Jest ich trzech. Wyglądają, jakby w coś się bawili. Kiedy Teukros podchodzi bliżej, dostrzega jednak, że to nie zabawa. Słońce świeci mu w  oczy, ale chyba widzi leżącego na ziemi chłopca. Jeden z  młodzieńców trzyma jego głowę między kolanami – jak owcę podczas strzyżenia. Pozostałych dwóch zerwało mu tunikę… Chłopiec jest nagi od pasa w dół. Największy wieśniak go gwałci.
Teukros trzyma się z boku. Jest wysoki i silny, ale nie ma szans w starciu z tymi brutalami. Nadpływa chmura, przesłaniając blask słońca. Teukros nagle widzi całą scenę. Ofiara nie jest chłopcem… To Tecja. Znika niepewność i  wahanie. Teukros rzuca się do przodu, dobywając w biegu noża, którego używa do składania ofiar. Do rozcinania brzuchów zwierząt, aby odczytać z  nich przyszłość. Wbija go z  rozmachem w  plecy gwałciciela.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Chopak wydaje z siebie wrzask bólu. Upadając, przewraca Tecję. Teukros tnie w  twarz drugiego napastnika, który przytrzymywał jego żonę. Ostrze wbija się w skórę nad oczami.
Nagle na szyi czuje uścisk. Dopadł go trzeci młodzieniec. Dusi go. Usiłuje przewrócić.
Obaj upadają na ziemię. Teukros czuje zawroty głowy. Uderza się w skroń. Przed oczami widzi zapadające ciemności. Tuż przed utratą przytomności uświadamia sobie coś. Nóż. Ktoś wyjmuje go z jego słabnącej dłoni.

CAPITOLO II

Teukrosie!
Wróżbita jest przekonany, że śni.
– Teukrosie! Zbudź się!
Uchyla powieki. Oczy bolą. Tecja stoi nad nim. Za plecami ma słońce, więc Teukros nie widzi dokładnie jej twarzy.
To musiał być tylko sen.
W oczach Tecji widzi, że jednak nie śnił. Krew na jej dłoniach dobitnie świadczy, że to nie był sen. Obraca się na bok i  powoli podnosi. Rozgląda się. Niczego nie widzi. Staje na nogach i wyciąga do niej drżącą dłoń.
– Wszystko w porządku?
Na jej twarzy maluje się przerażenie. Patrzy na coś za jego plecami.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Teukros odwraca się. Nie może uwierzyć w to, co widzi. To się wydarzyło naprawdę. Wszystko zdarzyło się naprawdę. Gwałciciel wciąż tam leży. W piachu. Jego twarz i ciało pokrywają głębokie krwawe rany. Ten, którego Teukros ciął nożem w  twarz, uciekł. Jego towarzysz także.
Spogląda na żonę. Jest cała we krwi. Nie musi nawet pytać, co się wydarzyło. Kiedy stracił przytomność, wzięła nóż i zadźgała napastnika. Wbijała ostrze w  jego ciało raz po raz, nim nie zyskała całkowitej pewności, że nie żyje. Nie poprzestała jednak tylko na pozbawieniu go życia.
Teukros nie może wydobyć słowa. Nie może patrzeć na żonę. Tecja wypatroszyła gwałciciela. Wbiła nóż głęboko w jego ciało i rozcięła go na pół. Wszędzie leżą jego wnętrzności. Serce. Nerka. Wątroba. Został oprawiony jak wół w rzeźni.
W końcu Teukros odwraca się do niej. W jego głosie słychać napięcie i zdenerwowanie.
– Tecjo? Co ty zrobiłaś?
Jej spojrzenie twardnieje.
– Zgwałcił mnie – wskazuje na krwawe szczątki. – Ten wieprz mnie zgwałcił!
W jej oczach lśnią łzy.
Ujmuje jej dłonie w swoje. Czuje wyraźnie, jak Tecja drży.
– Jest martwy i cieszę się z tego. Rozcięłam go, żeby nigdy nie dotarł do królestwa podziemi – wskazuje głową rozrzucone trzewia gwałciciela, które Teukrosowi kojarzą się z  wnętrznościami zwierząt, składanych w ofierze bogom. – Spożyłam jego wątrobę. Ich dusze należą do Aity.
Jej słowa uderzają go jak obuchem. Aita – pan królestwa podziemi. Złodziej dusz. Imię, którego żaden kapłan nie śmie wymówić. Stopy Teukrosa kleją się od krwi człowieka zarżniętego przez Tecję – bestii, która zbrukała i  znieważyła go niemal w  takim samym stopniu, jak ją.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Czuje wzbierające nudności. Rozgląda się wokół po scenie rzezi. Czuje zdumienie. Nigdy nie przypuszczał, że w drobnym ciele Tecji kryje się tyle siły. Tyle gniewu. W końcu Teukros przerywa ponury tok swoich myśli.
– Musimy iść. Musimy udać się do sędziego i  opowiedzieć mu, co tu zaszło. O  tym, że zostałaś napadnięta i  musiałaś się bronić. Musimy opowiedzieć wszystko.
– Ha! – Tecja podnosi ręce w  górę i  śmieje się posępnie. – A to? – Zatacza dłonią okrąg po krwawej scenie. – Mają mnie wytykać palcami i  szeptać za moimi plecami do końca moich dni? „Spójrzcie na nią! Spójrzcie na tę kobietę. Zgwałcono ją i postradała rozum”.
Teukros otacza ją ramieniem.
– Ludzie zrozumieją.
Tecja go odpycha.
– Nie! – Zbliża zakrwawione dłonie do jego twarzy. – Nie, Teukrosie! Nie zrozumieją!
Łapie ją za nadgarstki. Chce odsunąć od siebie czerwone od krwi dłonie, ale nie potrafi . Zamiast tego przyciąga ją do siebie i obejmuje mocno. Tecja cała się trzęsie. Teukros dotyka ustami jej włosów i  delikatnie całuje. To, co zamierza zrobić, to błąd. Wie o tym. Ale wie również, że nie mają innego wyjścia. Robi krok w tył, kładąc dłonie na jej łokciach.
– Zatem pójdziemy i umyjemy się w strumieniu. Potem wrócimy do domu i spalimy te ubrania. Jeżeli ktoś będzie pytał, całą noc spędziliśmy razem w domu.
Na twarzy Tecji maluje się ulga.
– I  nigdy nikomu nie powiemy ani słowa o  tym dniu. Rozumiesz?

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Kiwa głową na znak potwierdzenia. Wtula się w jego ramiona. Ogarnia ją poczucie bezpieczeństwa. A  jednak czuje, że coś się zmieniło. Nie ma odwagi, by to opisać. Wie jednak, że ich życie już nigdy nie będzie takie samo.
ROZDZIAŁ 3
Czasy współczesne
Osiem miesięcy później
TLot UA 716
Kierunek: Wenecja

W połowie drogi przez Atlantyk Tom Shaman po raz kolejny ogląda pocztówkę, którą dostał od Rosanny Romano. Już wie, widnieje na niej obraz Giovanniego Canaletta przedstawiający XVIII-wieczny widok Canal Grande i bazyliki Santa Maria della Salute. Spędził cały dzień, szukając tego obrazu w internecie. To ta pocztówka i ten widok przekonały go, że słusznie zrobił, opuszczając Los Angeles. Nie na chwilę. Ani na wakacje. Na zawsze.
W chwili, gdy podniósł zniszczoną pocztówkę z podłogi przy łóżku, wiedział, że jego dni jako kapłana są policzone. Dłonie, które trzymały pocztówkę, zostały splamione grzechem śmiertelnym. Dłonie mordercy. Nigdy więcej nie mógłby dotknąć hostii. Udzielić chrztu ani ślubu. Nie zdołałby niczego poświęcić.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

A  najdziwniejsze jest w  tym wszystkim przeczucie, że Bóg był zadowolony z jego decyzji. Tom nie do końca rozumie, jak to możliwe, ale odejście z Kościoła wydaje mu się teraz równie naturalne, co decyzja o wstąpieniu do seminarium, kiedy jeszcze był na studiach. Gliniarze powiedzieli mu, że zgwałcona dziewczyna popadła w obłęd. Dowiedziała się, że jest w  ciąży, i  musiała poddać się aborcji. W ogóle nie wychodziła z pokoju. Spędzała tam całe dnie przy zasłoniętych oknach, w  towarzystwie mamy. Serce Toma pękło na pół, gdy się o  tym dowiedział. Kilka razy próbował ją odwiedzić, ale odmówiła spotkania z nim. Przez policję przekazała mu, że czuje się nieczysta – splugawiona – i dlatego nie wolno jej spotkać się z księdzem.
Biedne dziecko. Tom wciąż obwinia siebie. Gdyby tylko zareagował wcześniej, gdyby szybciej podjął decyzję. Mógł ją ocalić. Mógł oszczędzić jej cierpienia.
Ponure myśli wciąż go dręczą, gdy airbus zaczyna podchodzić do lądowania na lotnisku Marco Polo w Wenecji.
Przez okno dostrzega lśniące między chmurami szczyty Dolomitów i błękitną powierzchnię Atlantyku. Następnie widzi Ponte della Libertà, długi most z wiaduktem kolejowym łączący historyczne centrum Wenecji ze stałym lądem. Wreszcie wyłania się charakterystyczna sylwetka bazyliki św. Marka i wijący się między budynkami Canal Grande. Kanał nie zmienił się zbytnio od czasów Canaletta.
Pas startowy lotniska Marco Polo biegnie równolegle do brzegu morza i o ile nie siedzi się w fotelu pilota, można odnieść wrażenie, że samolot za chwilę wpadnie do wody na środku laguny. Uderzenie kół o asfalt pasa i wstrząs zaciąganych hamulców witane jest zbiorowym westchnieniem ulgi i aplauzem.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

W głównym terminalu wszyscy się spieszą. Szaleństwo osiąga apogeum w hali odbioru bagażu. Ale bagażu Toma tam nie ma. Wszystko, co posiada, wepchnięte do starej obszernej walizki, po prostu zniknęło.
Sympatyczni ludzie z linii lotniczej obiecują zrobić wszystko, by odzyskać jego rzeczy. Tom nieraz słyszał już takie obietnice, zazwyczaj wypowiadane przez ludzi wyznających przed nim na kolanach swoje grzechy, którzy potem klepali zadane modlitwy z równym zaangażowaniem, co zamawiając cheeseburgera i colę. Tom wychodzi na zalany oślepiającym słońcem parking przed terminalem i  dostrzega zabawną stronę tej sytuacji. Może tak miało być – może będzie musiał zacząć nowe życie, mając ze sobą tylko koszulę na grzbiecie.
ROZDZIAŁ 4
Czasy współczesne
Wenecja

Piazzale Roma! – woła kierowca autobusu takim tonem, jakby częstował kogoś ciężkim przekleństwem. – Finito. Grazie.
Kierowca, niski mężczyzna o  czarniawej twarzy i  kwadratowej sylwetce, wyskakuje z autobusu i przypala papierosa, zanim jeszcze pierwszy pasażer wstanie z fotela. Tom zarzuca sportową torbę na ramię i pyta kierowcę o drogę:
– Scusi, dove l’hotel Rotoletti?
Kierowca wydmuchuje kłąb dymu. Małe, czarne oczka uważnie taksują Amerykanina o rumianej twarzy, który odzywa się do niego wyuczonym zwrotem z rozmówek.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– Niedaleko – macha papierosem w kierunku drugiego końca placu. – Za rogiem w lewo i będzie hotel.
Okazuje się, że mówił prawdę. Hotel rzeczywiście jest niedaleko i Tom po chwili dociera na miejsce.
Kobieta siedząca za podniszczonym biurkiem w  recepcji jest grzeczna, ale w żadnym razie nie można nazwać jej przyjazną. Prowadzi go do klaustrofobicznego pokoiku o ścianach w kolorze krwistej czerwieni i wyblakłego błękitu. Nad klimatyzatorem znajduje się nieduże, brudne okienko, którego nie da się otworzyć. Tom rzuca torbę na ziemię i od razu wychodzi z powrotem na ulicę.
Po półgodzinnym spacerze dociera na plac św. Marka, lawirując między setkami gołębi i oglądając witryny w sklepach. Szybko orientuje się, że nigdy nie będzie go stać na zakupy w  Wenecji. Jedwabny krawat kosztuje tu więcej niż pokaźny stos koszul i  spodni, które kupił w  centrum handlowym w  Los Angeles. Modli się, żeby jego walizka jednak się znalazła, i to szybko. Zapach świeżo palonej kawy i  gwar turystów zwabia go do Caff è Florian. Zamawia cappuccino i  sałatkę nicejską. Oprócz trzydziestoletniej blondynki, czytającej książkę przy sąsiednim stoliku, kawiarnię zapełniają pary i rodziny. Jakiś Brytyjczyk w średnim wieku przy stoliku naprzeciwko opowiada swojej znacznie młodszej, nadmiernie umalowanej i  niedostatecznie ubranej towarzyszce, że przed wiekami w kawiarni mieścił się burdel dla wyższych sfer i  znakomity klub muzyczny. Zarówno Tom, jak i  blondynka podnoszą wzrok i  słuchają monologu Brytyjczyka o XVIII-wiecznej Wenecji, Casanovie i libertyńskich obyczajach.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

– Zdaje się, że przyjechaliśmy tu trzysta lat za późno – blondynka odzywa się do niego szeptem.
Tom zdejmuje łyżeczką piankę z kawy.
– Nie byłbym tego taki pewien. Mam dość kłopotów ze współczesnością, wenecka dekadencja to już chyba byłoby za wiele.
Uśmiecha się, dopiero teraz przyglądając się swojej rozmówczyni.
– A w ogóle to skąd pani wiedziała, że mówię po angielsku?
Kobieta odgarnia kosmyk blond włosów. Ma niebieskie oczy. – Bez urazy, ale nie wygląda pan na Włocha i nie ubiera się pan jak Włoch
– przerywa na chwilę. – Prawdę mówiąc, trudno powiedzieć, jak się pan ubiera.
Śmieje się, ale to ciepły i przyjazny śmiech.
– No a  przede wszystkim pije pan cappuccino po południu i w dodatku bawi się pan łyżeczką.
– Wskazuje głową na mężczyznę naprzeciwko.
– A jedyną na tyle barbarzyńską nacją w Europie, żeby pić cappuccino po śniadaniu, są Brytyjczycy. Dlatego myślę, że tak jak ja jest pan Amerykaninem. Po opaleniźnie wnoszę, że z Zachodniego Wybrzeża?
Tom kiwa głową.
– W dziesiątkę. – Jej akcent kojarzy mu się z Manhattanem. Górnym.
– Czy pani jest z policji albo coś w tym stylu? Kobieta znowu wybucha śmiechem, tym razem głębszym i dłuższym. I bardzo przyjemnym.
– Ja? Nie, skądże. Piszę przewodniki turystyczne. Jestem wolnym strzelcem. Pracuję dla różnych wydawnictw, od Lonely Planet po Condé Nast. – Pochyla się ku niemu przez stolik. – Jestem Tina, Tina Ricci.
– Miło mi cię poznać, Tino.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Tom ściska wyciągniętą dłoń. Ona patrzy w jego ciepłe, brązowe oczy i czeka na jego ruch. Spodziewa się, że zaprosi ją do stolika. Jest pewna, że za chwilę usłyszy jego imię. Ale się rozczarowuje. Tom milczy. Czując coraz większe zakłopotanie, odwraca wzrok. Serce wali mu z taką siłą, jakby właśnie zaliczył trzy rundy na ringu bokserskim w Compton. Czuje na sobie jej spojrzenie. Gong wybija drugą rundę. Po raz pierwszy w  życiu Tom tkwi w  swoim narożniku i nie ma pojęcia, co zrobić dalej.
ROZDZIAŁ 5
Czasy współczesne
Wenecja

Wygląda inaczej. Już nie jest miłosiernym Samarytaninem, który wyciągnął do niej pomocną dłoń, gdy błąkała się po labiryncie ciemnych uliczek. Nie jest przyjaznym miejscowym, pomagającym wystraszonej, zagubionej nastolatce, która wybiegła na ulicę po kłótni z ojcem.
Jest inaczej ubrany. Ma na sobie długie, czarne szaty. Jego twarz zasłania złowroga srebrna maska.
Dziewczyna wykrzywia się z  bólu, gdy on ciągnie jej związane ciało po omszałych deskach. Zabiera ją do świętego miejsca. Do ołtarza libacyjnego. Do miejsca, w którym woda pochłonie jej krew. Kładzie ją na ołtarzu.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl

Jej głowa zawisa nad krawędzią, w miejscu pomiędzy niebem, a ziemią. W otchłani. To tu wydrze jej duszę. Zaczyna dopiero, gdy dziewczyna patrzy prosto na niego. Nacięcie za lewym uchem. Długa szrama na uroczym policzku. Z jej smukłej szyi dobywa się bulgot. Knebel w ustach luzuje się. Tryska fontanna czerwieni. Potem rozlega się charkot. Czarna woda chciwie pije krew dziewczyny, aż w jej ciele nie pozostaje nawet kropla.
Z  kamienną twarzą puszcza jej głowę, która uderza głucho o deski podłogi. Następnie wyjmuje narzędzia potrzebne mu do zakończenia krwawego rytuału. Klęka i zaczyna się modlić. Jest kapłanem wiary przekazywanej ustnie przez stulecia. Wiary, której nie można złamać.
Wkrótce w jego umyśle rozlegają się szepty. Narastający chór głosów. Wspólna modlitwa tych, którzy byli tu przed nim. Którzy też zabijali. Chór wyznawców osiąga apogeum, gdy kapłan kończy rytuał.
Owija ciało grzesznicy w czarny plastik, wsuwa je pod brezent przykrywający gondolę i czeka, aż nadejdzie noc. Mleczne promienie księżycowego światła tańczą na deskach przystani. W jego uszach rozbrzmiewa długi zew czarnej nicości. Buzuje w jego krwi. Wdycha ją głęboko. Wchłania jej mrok. Czuje, jak nicość go zmienia. Nieoświetlona czarna gondola sunie bezgłośnie miejskim kanałem i wpływa do laguny. Koniec właśnie się rozpoczyna. Koniec zaplanowany sześć stuleci przed narodzinami Chrystusa.

Całość w wydaniu papierowym – do kupienia w dobrej księgarni lub na www.hachette.com.pl